Ucieszyłam się,kiedy w końcu usłyszałam jego imię.Aww!Justin,takie słodkie imię dla tak seksownego chłopaka.Ale coś mnie w nim niepokoi,jego spojrzenie.Obserwuje każdy mój ruch,to trochę przerażające.
JUSTIN P.O.V
Czekałem te pierdolone dwa lata,żeby w końcu ją mieć.Hym...znalezienie jej nie było dla mnie żadnym wysiłkiem.Po tym jak jej ojciec zabił siebie i swoją żonę,myślał,że jej nie znajdę,jeśli wyskoczy z samochodu.Skurwiel bardzo się mylił!Znalazłem jej zgrabne ciało na drodze,była taka śliczna,bardzo młoda.Na pewno myślicie dlaczego jej nie zabrałem,kiedy miałem okazję.Otóż sprawa wypadku,była zbyt podejrzana,więc musiałem przeczekać trochę czasu,aż wszystko ucichnie.Gdy znalazłem jej ciało,zawiozłem ją do szpitala i dziś minęły dwa lata,kiedy w końcu ona będzie moja!Mała musi wiedzieć,gdzie jest jej miejsce.
Dzisiaj miała swoje osiemnaste urodziny,chciałem wiedzieć czy wraca do Nowego Yorku,postanowiłem zadzwonić do niej,gdy usłyszałem jej piękny kobiecy głos,poczułem,że musi być seksowa,wyobraziłem sobie ją,poruszyłem się niespokojnie czując jak moje spodnie napinają się w
okolicach krocza,dziewczyna rozłączyła się.Gdy usłyszałem,że będzie za pół godziny w NY,postanowiłem,udawać dostawce tortów.Zadzwoniłem do drzwi,a je otworzyła jakaś dziewczyna,w duchu modliłem się,aby to nie była Selena,ponieważ ta laska mi nie odpowiadała,miałem nadzieję,że po tych dwóch latach jest piękna.Nie chciałem usłyszeć,że to ta dziewczyna jest Seleną,a jeśli by nią nie była,to bym pozbył się problemu,po prostu zabił.Zapytałem,która jest solenizantką,dziewczyna zaczęła otwierać usta,gdy nagle usłyszałem za sobą,ten głos-to ja-powiedziała,po czym szybko skierowałem się w jej stronę.I o to mi chodziło,zmierzyłem ją od góry do dołu i była perfekcyjnie idealna dla takiego chuja jak ja.Wiedziałem,że już jej nigdy nie oddam,teraz należy do mnie,suka!.Ma tak piękny uśmiech,że mięknę.Jej przyjaciółka zaproponowała mi pójście z nimi na imprezę i zgodziłem się.Kurwa! jedynie nie pasował mi ten typek,który kręcił się obok niej.Jeśli będzie mi się przeciwstawiała,to zabije ją! Ona jest kurwa moja!
SELENA P.O.V
Rano obudziły mnie promienie słońca,padające na moją twarz.Podniosłam się leniwie,czując się okropnie...czułam kacyk.Otarłam dłonią moje powieki i zauważyłam kogoś na drugiej połówce mojego łóżka,szturchnęłam go.Chłopak się podniósł leniwie,gdy zobaczyłam jego twarz o mało nie dostałam ataku serca
-co ty tutaj robisz?-zapytałam z przerażeniem,chyba ja i on nic tego...ale zauważyłam,że jestem w ciuchach,więc ta myśl wyleciała z mojej głowy
-śpię-odpowiedział oschle,na co się skrzywiłam
-yy.. w moim domu i w moim łóżku?!-zapytałam z irytowana
-nie kochanie w naszym-poprawił mnie.Co kurwa?!
-słucham?!,bo zadzwonię na policje!-krzyknęłam podnosząc się z łóżka jak wariatka,chłopak zaśmiał się głupio
-i co im powiesz?-zapytał
-że...że nie wiem,ale coś powiem-wyjaśniłam jąkając się,chłopak zaśmiał się głośno,myślałam,że jest w porządku,a okazuje się,być kutasem
-jesteś strasznie zabawna-zachichotał
-wynoś się z mojego domu!-wrzasnęłam,otwierając szeroko drzwi od mojego domu
-tym razem wyjdę,następnym razem nie będę taki miły-zagroził.Czy on kurwa był teraz miły?czyli jaka jest jego prawdziwa maska
-kurwa!nie będzie następnego razu.Obyśmy się nigdy nie zobaczyli!-wrzasnęłam,czułam jak zaraz wybuchnę z tej złości na tego typka
-kotek masz miesiączkę,że się tak spinasz?-spytał,podchodząc do mnie,zaśmiałam się mu w twarz,co za palant-podoba mi się twoja arogancja,pasujemy do siebie,mała-puścił mi oczko
-wątpię-prychnęłam
-jak uważasz,ale walczyć językiem potrafisz,ciekawe czy też tak całujesz-powiedział obserwując moje usta
-kurwa koleś zajebiście całuje!Teraz możesz wyjść-pokazałam gestem wskazując drzwi
-nie wiedziałem,że jesteś aż tak zajebista-powiedział jakby sam do siebie,dupek!.Nagle chłopak ruszył w stronę drzwi-kotek nie bój się,my się na pewno zobaczymy-powiedział,po czym zniknął za drzwiami,szybko trzasnęłam drzwiami i zakluczyłam dom na wszystkie możliwe zamki.Chyba nigdy się nie spotkamy frajerze!-pomyślałam,sunęłam się po drzwiach,próbując się uspokoić.On jest taki,arogancki,bezczelny,ale za razem seksowny.A najgorsze jest to,że on myśli,że ja jestem podobna do niego!Ja cholera nie jestem arogancka,no może trochę,ale nie pozwolę sobie,żeby facet mną rządził!Jestem twarda,wytrzymam wszystko!Wstałam z podłogi,kierując się do kuchni-cholera!jestem głodna-rzuciłam sama do siebie,napadając na lodówkę,ale nic w niej nie było!-umm...musimy pójść coś kupić-mówiłam idąc się ubrać.Przebrałam się w wygodne ciuchy,upięłam włosy w niedbałego kucyka i wyszłam z domu za kluczając drzwi,ruszyłam w stronę sklepu.Po 15 minutach weszłam do sklepu,do którego kiedyś przychodziłam kiedy byłam jeszcze dzieciakiem.Maskara.Jak ten czas leci.Złapałam koszyk pod rękę i zaczęłam wybierać produkty do zjedzenia.Po jakimś czasie mój koszyk był pełny więc ruszyłam w stronę kasy,ale gdy szłam wpadłam na kogoś,był to Jack
-o hej-powiedziałam,a szereg białych zębów pojawił się na mojej twarzy
-hej piękna-odpowiedział,przytulając mnie
-jak po imprezce?-zapytałam,chociaż mało mnie to obchodziło
-a wiesz zajebiście,tylko głupio,że Bree zaprosiła tego typa,bo mnie wkurwił-powiedział zaciskając dłonie w pięści
-a czemu cię wkurwił?-zapytałam,będą już bardziej ciekawa niż przedtem
-bo nie pozwolił mi do ciebie podejść,chciał mnie pobić-powiedział skarżąc się.Ja pierdole to mogłeś się z nim bić cioto!-pomyślałam
-naprawdę?tak mi przykro-powiedziałam robiąc smutną minę,chłopak zachichotał
-hej,piękna nie smuć się,obronię cię przed nim,jeśli nie będzie chciał ci dać spokoju-powiedział,od razu uśmiech pojawił się na mojej twarzy-hymm...boję się,że nie dasz mu rady,wyglądał na groźnego-pomyślałam
-dziękuje,jesteś kochany,ale poradziłam sobie z nim-wytłumaczyłam
-jesteś chłop,a wyglądasz jak kobieta-powiedział-maleńki,nie lubię takich głupich gadek,ty wyglądasz jak facet,a jesteś jak baba!-pomyślałam
-ale zabawne,hahah-zaczęłam wymuszać śmiech-ja będę lecieć,ale możesz wieczorem wpaść-zaproponowałam
-chętnie wpadnę-odrzekł,po czym przytulił się na pożegnanie,a ja odeszłam podchodząc do kasy
Oooo pójdę po piwo,och tak piwo najlepszy sposób na kaca,gdy kupiłam wszystko ruszyłam w stronę mojego domu,do którego miałam 10 lub 13 minut mniejsza z tym.Szłam spokojnie myśląc o niczym.Gdy nagle ktoś wyrwał mi z ręki moją torebkę z pieniędzmi,telefonem i innymi duperelami
-złodziej-wrzasnęłam,puściłam worek z zakupami i pobiegłam za tym frajerem.Oh byłam wściekła!A z takimi złodziejami sobie radzę,biegłam i biegłam,nogi mnie bolały,ale i tak się nie poddawałam.Gdy oddaliłam się w chuj od mojego domu,w końcu złapałam tego złodzieja
-co ty sobie kurwa myślisz?!-zapytałam krzykiem-że można okradać w biały dzień?!-wyrwałam mu z ręki moją torebkę,po czym moja pięść wylądowała na jego twarzy,zaczęłam go kopać,aż w końcu naplułam mu w twarz.Mężczyzna wił się z bólu,a ja szybko zaczęłam biec w kierunku stojących taksówek.Szybko wsiadłam do taksówki
-dzień dobry,proszę na Forsyth St.-powiedziałam,taksówkarz ruszył,a po 20 minutach byłam pod sklepem.Ponownie kupiłam to co przedtem,ponieważ moje zakupy zostały zabrane,ale raczej ukradzione.Co za dzień,budzę się z ledwo poznanym facetem,potem on mi grozi,po czym zostaje okradziona ale wszystko wyszło mi na dobre,skopałam temu złodziejowi dupę,a zakupy zrobiłam ponownie.Kochani to się zwie Nowy York.Zmęczona weszłam do domu,od razu rozpakowując zakupy i chowając je w odpowiednie miejsca.Chwyciłam serek,który kupiłam i zaczęłam się nim delektować,po czym sobie o czymś przypomniałam
-dlaczego w domu są moje ubrania skoro one były w samochodzie?!-zapytałam samą siebie,nagle wróciłam do wczorajszego lub dzisiejszego dnia
****
Razem z szatynem doszliśmy do mojego budynku w którym mieszkam,śmiejąc się i pijąc jakieś alko
-kurwa jestem padnięta-wyznałam mówiąc ledwo zrozumiale
-ja też-wyjąkał,moje oczy skierowały się na mój samochód
-mógłbyś mi pomóc-zapytałam po chwili
-tak a w czym?-zapytał
-umm...pomożesz mi wziąć moje walizki do domu?-zapytałam mówiąc otwarcie
-pewnie-odpowiedział,ruszyliśmy do mojego samochodu,chłopak chwycił moje walizki i ruszył do mojego mieszkania
-Ale ty masz siłę-zaczęłam krzyczeć na całą ulicę
-taak,nie ma takiego zajebiście silnego faceta jak ja,kurwa!-krzyknął śmiejąc się,ja mu dopingowałam ,klaszcząc w dłonie
-jesteś zajebisty,marzę o tobie-krzyknęłam,zagryzając dolną wargę,chłopak odwrócił się w moją stronę,puszczając moje walizki
-ja o tobie kurwa też-rzekł podchodząc do mnie,tak blisko,że ledwo mogłam oddychać,po czym skradłam mu pocałunek,co odwzajemnił z wielkim pożądaniem,wskoczyłam na niego,owijając moje nogi wzdłuż jego tali,nie odrywając moich ust od jego.Czułam,że to jest przeznaczenie,to,to czego kurwa szukałam od dwóch lat.Oderwałam się od jego ust,głośno oddychając
-zostań tutaj na noc,boję się o ciebie-powiedziałam pieszcząc jego policzek.Chłopak zgodził się,po czy obydwoje położyliśmy się
*****
O.M.G,co ja kurwa robiłam?!Więcej nie pije,no może to piwo,które sobie kupiłam i tyle.Przejechałam dłońmi po moich włosach,czując się zażenowana tym co zrobiłam.Sama go zaprosiłam,po czym wygoniłam,suka jestem!I...i całowałam go...kurwa sama!Dobrze,że tego nie pamięta.Ale ten pocałunek mi się podobał wtedy.Ciekawe czy teraz by mi się spodobał?Podeszłam do lustra,przejeżdżając dłonią po moich wargach,które całowały Justina.Jestem nienormalna!
JUSTIN P.O.V
Przypomniałem sobie,dlaczego spałem u Seleny.Kurwa działo się,chociaż nie byłem tego świadom.Ona naprawdę mi się podoba,pod każdym względem.Jest idealna dla mnie,chociaż,że nie jestem wart niej.Ona nie będzie miała wyboru,bo i tak będzie moja i tylko moja!Oszalałem przez nią,chcę tylko jej.Pragnę całować jej delikatną skórę jej usta,pierdole! WSZYSTKO!
Ona nie chce mnie widzieć,ale nie pozbędzie się mnie,biedna o niczym nie wie.Jej ojciec nic jej nie powiedział.Dureń.Zabił swoją żonę przez swoje pierdolone problemy.Nie musiał ze mną zadzierać,sam postawił taką stawkę!Nie dotrzymał słowa,więc sam musiałem podjąć kroki,no stało się...ale teraz jest moja!
__________________________________________________
Jak podoba wam się Justin? Bo moim zdaniem jest Chujem :D
CZYTASZ =KOMENTUJESZ
piątek, 29 listopada 2013
środa, 27 listopada 2013
Rozdział 1-Nazywam się Justin Bieber
Minęły dwa lata od śmierci moich rodziców.Jednak do tej pory nie pogodziłam się z tym faktem,że nie ma ich przy mnie.Oficjalnie wracam do Nowego Yorku,zaczynam nowy etap,jestem bardzo wdzięczna mojej cioci za opiekę nade mną.Dziś wyjeżdżam,nie powiem,że cieszy mnie powrót do starych śmieci,ale muszę się dowiedzieć prawdy,znaleźć pracę i wziąć sprawy we własne ręce.Nagle usłyszałam dzwonek mojego ifona,nawet nie patrząc kto dzwoni,odebrałam i przyłożyłam telefon do ucha
-halo?-zapytałam
-buuu!-ktoś krzyknął,zaśmiałam się głośno
-weź się ogarnij wariatko!-wrzasnęłam do słuchawki
-sorki,sorki-zachichotała-jesteś gotowa do wyjazdu?-zapytała moja przyjaciółka Bree,którą znam z dzieciństwa
-yep-odpowiedziałam szybko
-a o której dokładnie będziesz w NY?-ponownie zapytała,westchnęłam patrząc na zegarek
-uumm...2 godzinki-odpowiedziałam,moja ciocia mieszka niedaleko NY i mam dość blisko do niej
-to super,bo wiesz dzisiaj twoje urodziny mordo ty moja!-zachichotała
-wiem,wiem,ale nic nie szykuj,okej?-powiedziałam z irytacją w głosie
-no,ale taka mała...maluteńka,plis Bitch!-błagała co mnie bawiło
-okej,małą i nic więcej-powiedziałam i rozłączyłam połączenie.Szybko chwyciłam moje torby,które miałam już dawno przygotowane,zeszłam na dół gdzie czekała moja ciotka
-będę tęsknić ciociu-powiedziałam,wtulając się w nią z całych sił
-ja też maleńka-wyszeptała w moje włosy-masz-podała mi kluczyki od samochodu,na co wzdrygnęłam się,nagle przypomniała mi się ta noc,w której straciłam rodziców
*2lata temu*
Jak zawsze jechaliśmy z rodzicami do cioci.Dużo rozmawialiśmy i śmieliśmy się.Ale,gdy mój tata rozmawiał przez telefon,zrobił się dziwny...co chwile odwracał się w moją stronę,jakby chciał być pewny,że tu z nimi jestem.Mama również odwracała się do mnie,ale coś kazało mi spojrzeć na ulicę,odwróciłam się,aby zobaczyć czy ktoś nie jedzie za nami,jak myślałam ktoś jechał.Zaczęłam panikować,co rodzice zauważyli
-mamo,co się dzieje?!-zapytałam zapłakana
-cii...kochanie,wszystko będzie dobrze-uspokajała mnie,tata skręcił gwałtownie,wjeżdżając w jakieś bunkry
-nie oddam mu cię!-krzyknął,nie kontrolował swoich emocji.Nigdy go takiego nie widziałam.Komu mnie nie odda? W co on się wpakował
-Selenko,słuchaj mnie uważnie-powiedziała głaszcząc moje policzki,które były całe mokre-ty przeżyjesz,wyskoczysz z samochodu i schowasz się tak,aby nikt ciebie nie znalazł,rozumiesz?-zapytała,pokiwałam twierdząco głową
-a wy?-zapytałam
-nami się nie przejmuj,wszystko będzie dobrze-obiecała.Nie mogłam uwierzyć w to jaka ona była w tamtej chwili opanowana-wyskoczysz,za trzy,dwa,JEDEN!-krzyknęła,a ja wyskoczyłam z samochodu,który jechał tak szybko,że mój upadek był dość drastyczny,czułam jak łamią mi się kości,upadłam,ale nie mogłam się podnieść,żeby się schować,po chwili usłyszałam wybuch,ale nie miałam,siły ani krzyczeć,ani uciekać.Nagle usłyszałam hamowanie samochodu,przez mgłę widziałam czyjąś postać,która kierowała się w moją stronę.Moje powieki zamykały się powoli,aż straciłam przytomność.Na następny dzień obudziłam się w szpitalu.
****
Tak wyglądała śmierć moich rodziców.Nie chętnie chwyciłam kluczyki
-nie bój się...musisz jakoś jechać do Nowego Yorku-powiedziała tłumacząc,przytuliłam ją mocno,po czym wyszłam z domu i skierowałam się do samochodu,który mi powierzyła ciocia.Z chowałam moje walizki do bagażnika,po czym usiadłam przy kierownicy i odpaliłam silnik,pomachałam cioci na pożegnanie i odjechałam.Jechałam w ciszy,gdy nagle zdecydowałam się włączyć muzę.Nuciłam sobie pod nosem,gdy nagle mój telefon zaczął dzwonić,nie chętnie wyłączyłam muzykę i chwyciłam mój telefon-Ugh! to znowu Bree,przecież jej mówiłam,kiedy będę-powiedziałam z ironią
-co chcesz,mówiłam,że będę za dwie godzinki w NY,dobra teraz za jakieś 30min-zachichotałam,ale nic nie usłyszałam -halo Bree jesteś ?-spytałam,wystraszyłam się,a co jeśli coś się jej stało?może mam jakiś melodramat,wyłączyłam ją,na pewno pomyłka.Po pół godzinie byłam już w NY,podjechałam pod mój stary adres,gdy wysiadłam z samochodu westchnęłam głośno.Po czym ruszyłam na górę,od kluczyłam drzwi
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy moi znajomi
-aaaa!-krzyknęłam-Bree,mówiłam,żeby była mała imprezka-zachichotałam
-dziewczyno raz się ma 18lat-krzyknęła,szybko rzuciłam się jej na szyję
-tęskniłam-wyszeptałam jej we włosy,spojrzałam na wszystkich-dziękuje,że przyszliście-rzuciłam nagle,moją uwagę zwrócił pewien chłopak,podeszłam do niego-Jack!-rzuciłam się mu na szyję,Jack jest moim byłym,zerwaliśmy 2lata temu,ale dalej utrzymywaliśmy stały kontakt
-Boże,Sel jesteś ja pierdole,laska-wyznał,na co zachichotałam-niee,boska-wszyscy wybuchli śmiechem
-a ty,seksi ciacho-zachichotałam
-Sel,słuchaj przebierz się,bo wychodzimy do klubu-powiedziała Bree
-okej,ale w co? W samochodzie zostawiłam wszystko-wytłumaczyłam
-no to idź do samochodu się przebrać-pogoniła mnie.Ta dziewczyna zwariowała,szybko zeszłam na dół,podchodząc do mojego samochodu,wyciągnęłam jedną walizkę z kosmetykami i wynalazłam odpowiednią sukienkę Suknia ,nałożyłam na oczy makijaż i zaczesałam włosy,po czym wyszłam z samochodu,gdy zbliżałam się do drzwi mojego domu usłyszałam pisk Bree
-OMG!-wrzasnęła
-przyniosłem dla solenizantki tort urodzinowy-powiedział,jakiś męski głos,zaśmiałam się,bo wiedziałam,że zacznie się flirtowanie Bree-która to?-zapytał,a ja weszłam na piętro
-ja-odpowiedziałam,podchodząc do chłopaka,który skierował się w moją stronę.Zmierzył mnie od góry do dołu,oblizując przy tym usta,przyznam był seksowny,miał piękne czekoladowe oczy,a usta wypukłe najchętniej bym je skosztowała,ale tego nie zrobię,bo bym na idiotkę wyszła.Spojrzałam na Bree,która myślami rozbierała tego chłopaka,usłyszałam szelest,nawet nie zorientowałam się,że chłopak był na przeciwko mnie-wszystkiego najlepszego-powiedział zachrypniętym głosem,na co zadrżałam
-dziękuje-powiedziałam,a szereg białych zębów pojawił się na mojej twarzy-ile płacę?-zapytałam
-wystarczy uśmiech na twojej twarzy-odpowiedział,cholera czy on przypadkiem ze mną flirtuje?
-idziesz z nami-krzyknęła Bree,a on spojrzał na nią pytająco-no na imprezę,pójdziesz czy przeszkadzamy w pracy?-spytała nieśmiało,na jego ustach pojawił się zadziorny uśmiech,co mnie jeszcze bardziej do niego ciągnęło
-pewnie,że pójdę-odpowiedział,Bree pisnęła ze szczęścia,a ja przeszłam obojętnie obok szatyna
-chłopaki idziemy-zawołałam ich,po chwili chłopcy wychodzili z mojego mieszkania,a Jack czekał na mnie,tak samo jak ten chłopak,ale po chwili Bree,zaciągnęła szatyna ze sobą.A ja zostałam z Jackiem,szliśmy wszyscy razem,chichocząc i nawijając o starych czasach w szkole
-Sel,pamiętasz jak twój tata,zawsze nas straszył,że jeśli nie pójdziemy do przedszkola to zamknie nas w piwnicy-powiedziała Bree,śmiejąc się,a mi od razu przypomniała się ta scenka,na co również się zaśmiałam
-haha,pamiętam jakby to było wczoraj-zaśmiałam się
-albo na twoich piętnastych urodzinach,twoja mama upiekła tort,a ja zanurzyłam ci głowę w nim-obie wybuchłyśmy śmiechem
-nie przypominaj-powiedziałam,łapiąc się za brzuch,który bolał mnie od śmiechu.Jack złapał moją dłoń splątując ją ze swoją,wyrwałam ją i podeszłam do szatyna,który widział,że uciekam od Jacka-mam pytanie-powiedziałam patrząc na niego,chłopak spojrzał na mnie pytająco-jak masz na imię?-zapytałam,na co chłopak zachichotał
-a chcesz w ogóle to wiedzieć?-zapytał.Ja pierdziele,nie lubię tych gierek
-no chcę,przecież to jest podstawą,aby znać czyjeś imię,skoro się zapoznaliśmy-wytłumaczyłam
-a jak bardzo tego chcesz?-zapytał
-dobra wiesz denerwujesz mnie-powiedziałam z irytowana,drążeniem tego tematu,po chwili weszliśmy do klubu,gdzie było już dużo wiary,szłam w stronę baru,gdy nagle poczułam czyjeś dłonie na moich biodrach,szybko podniosłam głowę w górę i zobaczyłam szatyna,cholera! denerwuje mnie to,że nawet nie wiem jak on się nazywa
-napijesz się czegoś?-zapytał,szepcząc mi do ucha,na co dyszałam
-chętnie-odpowiedziałam szybko,wyrywając się z jego objęcia,usiedliśmy przy barze.Wypiłam sporo,jak na mnie,czułam,że jak wstanę to się wyjebie-zatańczymy?-zapytałam chłopaka
-pewnie-odpowiedział,po czym zeszłam z krzesła,prawie upadłam,ale szatyn pomógł mi-dzięki-powiedziałam niewyraźnie.Obydwoje ruszyliśmy na parkiet i tańczyliśmy do muzyki,którą słyszeliśmy w naszych uszach.Gdy muzyka się skończyła,z głośników poleciała wolna piosenka,więc zawiesiłam moje ręce na karku szatyna,a dłonie chłopaka spoczywały na mojej tali,poruszaliśmy się do rytmu muzyki-powiesz w końcu jak się nazywasz?-zapytałam
-no nie wiem-odpowiedział
-no proooooooszę-po prosiłam
-okej,nazywam się Justin Bieber
____________________________________________________
Mam nadzieję,że podoba wam się pierwszy rozdział :)
ZAPRASZAM NA ZWIASTUN
CZYTASZ =KOMENTUJESZ
-halo?-zapytałam
-buuu!-ktoś krzyknął,zaśmiałam się głośno
-weź się ogarnij wariatko!-wrzasnęłam do słuchawki
-sorki,sorki-zachichotała-jesteś gotowa do wyjazdu?-zapytała moja przyjaciółka Bree,którą znam z dzieciństwa
-yep-odpowiedziałam szybko
-a o której dokładnie będziesz w NY?-ponownie zapytała,westchnęłam patrząc na zegarek
-uumm...2 godzinki-odpowiedziałam,moja ciocia mieszka niedaleko NY i mam dość blisko do niej
-to super,bo wiesz dzisiaj twoje urodziny mordo ty moja!-zachichotała
-wiem,wiem,ale nic nie szykuj,okej?-powiedziałam z irytacją w głosie
-no,ale taka mała...maluteńka,plis Bitch!-błagała co mnie bawiło
-okej,małą i nic więcej-powiedziałam i rozłączyłam połączenie.Szybko chwyciłam moje torby,które miałam już dawno przygotowane,zeszłam na dół gdzie czekała moja ciotka
-będę tęsknić ciociu-powiedziałam,wtulając się w nią z całych sił
-ja też maleńka-wyszeptała w moje włosy-masz-podała mi kluczyki od samochodu,na co wzdrygnęłam się,nagle przypomniała mi się ta noc,w której straciłam rodziców
*2lata temu*
Jak zawsze jechaliśmy z rodzicami do cioci.Dużo rozmawialiśmy i śmieliśmy się.Ale,gdy mój tata rozmawiał przez telefon,zrobił się dziwny...co chwile odwracał się w moją stronę,jakby chciał być pewny,że tu z nimi jestem.Mama również odwracała się do mnie,ale coś kazało mi spojrzeć na ulicę,odwróciłam się,aby zobaczyć czy ktoś nie jedzie za nami,jak myślałam ktoś jechał.Zaczęłam panikować,co rodzice zauważyli
-mamo,co się dzieje?!-zapytałam zapłakana
-cii...kochanie,wszystko będzie dobrze-uspokajała mnie,tata skręcił gwałtownie,wjeżdżając w jakieś bunkry
-nie oddam mu cię!-krzyknął,nie kontrolował swoich emocji.Nigdy go takiego nie widziałam.Komu mnie nie odda? W co on się wpakował
-Selenko,słuchaj mnie uważnie-powiedziała głaszcząc moje policzki,które były całe mokre-ty przeżyjesz,wyskoczysz z samochodu i schowasz się tak,aby nikt ciebie nie znalazł,rozumiesz?-zapytała,pokiwałam twierdząco głową
-a wy?-zapytałam
-nami się nie przejmuj,wszystko będzie dobrze-obiecała.Nie mogłam uwierzyć w to jaka ona była w tamtej chwili opanowana-wyskoczysz,za trzy,dwa,JEDEN!-krzyknęła,a ja wyskoczyłam z samochodu,który jechał tak szybko,że mój upadek był dość drastyczny,czułam jak łamią mi się kości,upadłam,ale nie mogłam się podnieść,żeby się schować,po chwili usłyszałam wybuch,ale nie miałam,siły ani krzyczeć,ani uciekać.Nagle usłyszałam hamowanie samochodu,przez mgłę widziałam czyjąś postać,która kierowała się w moją stronę.Moje powieki zamykały się powoli,aż straciłam przytomność.Na następny dzień obudziłam się w szpitalu.
****
Tak wyglądała śmierć moich rodziców.Nie chętnie chwyciłam kluczyki
-nie bój się...musisz jakoś jechać do Nowego Yorku-powiedziała tłumacząc,przytuliłam ją mocno,po czym wyszłam z domu i skierowałam się do samochodu,który mi powierzyła ciocia.Z chowałam moje walizki do bagażnika,po czym usiadłam przy kierownicy i odpaliłam silnik,pomachałam cioci na pożegnanie i odjechałam.Jechałam w ciszy,gdy nagle zdecydowałam się włączyć muzę.Nuciłam sobie pod nosem,gdy nagle mój telefon zaczął dzwonić,nie chętnie wyłączyłam muzykę i chwyciłam mój telefon-Ugh! to znowu Bree,przecież jej mówiłam,kiedy będę-powiedziałam z ironią
-co chcesz,mówiłam,że będę za dwie godzinki w NY,dobra teraz za jakieś 30min-zachichotałam,ale nic nie usłyszałam -halo Bree jesteś ?-spytałam,wystraszyłam się,a co jeśli coś się jej stało?może mam jakiś melodramat,wyłączyłam ją,na pewno pomyłka.Po pół godzinie byłam już w NY,podjechałam pod mój stary adres,gdy wysiadłam z samochodu westchnęłam głośno.Po czym ruszyłam na górę,od kluczyłam drzwi
-NIESPODZIANKA!-krzyknęli wszyscy moi znajomi
-aaaa!-krzyknęłam-Bree,mówiłam,żeby była mała imprezka-zachichotałam
-dziewczyno raz się ma 18lat-krzyknęła,szybko rzuciłam się jej na szyję
-tęskniłam-wyszeptałam jej we włosy,spojrzałam na wszystkich-dziękuje,że przyszliście-rzuciłam nagle,moją uwagę zwrócił pewien chłopak,podeszłam do niego-Jack!-rzuciłam się mu na szyję,Jack jest moim byłym,zerwaliśmy 2lata temu,ale dalej utrzymywaliśmy stały kontakt
-Boże,Sel jesteś ja pierdole,laska-wyznał,na co zachichotałam-niee,boska-wszyscy wybuchli śmiechem
-a ty,seksi ciacho-zachichotałam
-Sel,słuchaj przebierz się,bo wychodzimy do klubu-powiedziała Bree
-okej,ale w co? W samochodzie zostawiłam wszystko-wytłumaczyłam
-no to idź do samochodu się przebrać-pogoniła mnie.Ta dziewczyna zwariowała,szybko zeszłam na dół,podchodząc do mojego samochodu,wyciągnęłam jedną walizkę z kosmetykami i wynalazłam odpowiednią sukienkę Suknia ,nałożyłam na oczy makijaż i zaczesałam włosy,po czym wyszłam z samochodu,gdy zbliżałam się do drzwi mojego domu usłyszałam pisk Bree
-OMG!-wrzasnęła
-przyniosłem dla solenizantki tort urodzinowy-powiedział,jakiś męski głos,zaśmiałam się,bo wiedziałam,że zacznie się flirtowanie Bree-która to?-zapytał,a ja weszłam na piętro
-ja-odpowiedziałam,podchodząc do chłopaka,który skierował się w moją stronę.Zmierzył mnie od góry do dołu,oblizując przy tym usta,przyznam był seksowny,miał piękne czekoladowe oczy,a usta wypukłe najchętniej bym je skosztowała,ale tego nie zrobię,bo bym na idiotkę wyszła.Spojrzałam na Bree,która myślami rozbierała tego chłopaka,usłyszałam szelest,nawet nie zorientowałam się,że chłopak był na przeciwko mnie-wszystkiego najlepszego-powiedział zachrypniętym głosem,na co zadrżałam
-dziękuje-powiedziałam,a szereg białych zębów pojawił się na mojej twarzy-ile płacę?-zapytałam
-wystarczy uśmiech na twojej twarzy-odpowiedział,cholera czy on przypadkiem ze mną flirtuje?
-idziesz z nami-krzyknęła Bree,a on spojrzał na nią pytająco-no na imprezę,pójdziesz czy przeszkadzamy w pracy?-spytała nieśmiało,na jego ustach pojawił się zadziorny uśmiech,co mnie jeszcze bardziej do niego ciągnęło
-pewnie,że pójdę-odpowiedział,Bree pisnęła ze szczęścia,a ja przeszłam obojętnie obok szatyna
-chłopaki idziemy-zawołałam ich,po chwili chłopcy wychodzili z mojego mieszkania,a Jack czekał na mnie,tak samo jak ten chłopak,ale po chwili Bree,zaciągnęła szatyna ze sobą.A ja zostałam z Jackiem,szliśmy wszyscy razem,chichocząc i nawijając o starych czasach w szkole
-Sel,pamiętasz jak twój tata,zawsze nas straszył,że jeśli nie pójdziemy do przedszkola to zamknie nas w piwnicy-powiedziała Bree,śmiejąc się,a mi od razu przypomniała się ta scenka,na co również się zaśmiałam
-haha,pamiętam jakby to było wczoraj-zaśmiałam się
-albo na twoich piętnastych urodzinach,twoja mama upiekła tort,a ja zanurzyłam ci głowę w nim-obie wybuchłyśmy śmiechem
-nie przypominaj-powiedziałam,łapiąc się za brzuch,który bolał mnie od śmiechu.Jack złapał moją dłoń splątując ją ze swoją,wyrwałam ją i podeszłam do szatyna,który widział,że uciekam od Jacka-mam pytanie-powiedziałam patrząc na niego,chłopak spojrzał na mnie pytająco-jak masz na imię?-zapytałam,na co chłopak zachichotał
-a chcesz w ogóle to wiedzieć?-zapytał.Ja pierdziele,nie lubię tych gierek
-no chcę,przecież to jest podstawą,aby znać czyjeś imię,skoro się zapoznaliśmy-wytłumaczyłam
-a jak bardzo tego chcesz?-zapytał
-dobra wiesz denerwujesz mnie-powiedziałam z irytowana,drążeniem tego tematu,po chwili weszliśmy do klubu,gdzie było już dużo wiary,szłam w stronę baru,gdy nagle poczułam czyjeś dłonie na moich biodrach,szybko podniosłam głowę w górę i zobaczyłam szatyna,cholera! denerwuje mnie to,że nawet nie wiem jak on się nazywa
-napijesz się czegoś?-zapytał,szepcząc mi do ucha,na co dyszałam
-chętnie-odpowiedziałam szybko,wyrywając się z jego objęcia,usiedliśmy przy barze.Wypiłam sporo,jak na mnie,czułam,że jak wstanę to się wyjebie-zatańczymy?-zapytałam chłopaka
-pewnie-odpowiedział,po czym zeszłam z krzesła,prawie upadłam,ale szatyn pomógł mi-dzięki-powiedziałam niewyraźnie.Obydwoje ruszyliśmy na parkiet i tańczyliśmy do muzyki,którą słyszeliśmy w naszych uszach.Gdy muzyka się skończyła,z głośników poleciała wolna piosenka,więc zawiesiłam moje ręce na karku szatyna,a dłonie chłopaka spoczywały na mojej tali,poruszaliśmy się do rytmu muzyki-powiesz w końcu jak się nazywasz?-zapytałam
-no nie wiem-odpowiedział
-no proooooooszę-po prosiłam
-okej,nazywam się Justin Bieber
____________________________________________________
Mam nadzieję,że podoba wam się pierwszy rozdział :)
ZAPRASZAM NA ZWIASTUN
PROLOG
Szesnastoletnia Selena,mieszkająca w Nowym Yorku.Nie radzi sobie w swoim dotychczasowym życiu.Wszystko zaczęło się,od śmierci jej rodziców,w którym tylko ona przeżyła.Ona jedyna widziała co działo się,gdy doszło do wypadku i wiedziała,że to był zamach na jej rodzinę.Ona ocalała,dlatego pragnie poznania prawdy.Minął miesiąc od tego nieszczęsnego dnia,nastoletnia dziewczyna została pod opieką jej ciotki do ukończenia osiemnastego roku życia.Lecz nic jej nie powstrzyma do poznania prawdy.
ZAPRASZAM NA ZWIASTUN !!!
ZAPRASZAM NA ZWIASTUN !!!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

